od kilku tygodni miała podwyższoną temperaturę, poskręcały się ze sobą różne sprawy, które same w sobie są może nieistotne, ale razem tworzą kłębek nierozplątywanej włóczki. tak, włóczki. to jest odpowiednie słówko. słówko też jest bardziej odpowiednie od słowa: miła kawiarenka, czekolada z przyprawami, świeczki zapachowe – przestrzeń oswojona, ale jednak zbyt przytulna. może stąd ta gorączka? było jej za gorąco wśród poduszek, kocyków, firanek i zasłon, to nie było (już) jej, przygniatało ją. potrzebowała bieli i wiatru, znów nie wiedziała dlaczego akurat tych dwóch rzeczy, ale tak właśnie pomyślała. „bo wszystko co pomyślę trzeba zapisać: biel i wiatr.” od kilku dni słuchała nieodpowiedniej muzyki, niedopasowanej, niekoherentnej, wpędzającej ją w kwasowe halucynacje, wywołującej jaskrawe, kolorowe plamy na nowej bieli ścian i zasłon. znikały otaczające ją brązy, pastele, szarości. czytała ogromną księgę, ale i tak wiedziała, że nigdy jej nie skończy. cisnęła nią w kierunku komody, na której stały bezużyteczne ozdoby, przedmioty dawnego kultu, zdjęcia, obrazki, zasuszone liście, kasztany. cała ta zakurzona jesień runęła na podłogę, brązowy blat stał się rozmrożoną po zimie ziemią, spulchnionym polem, którego ciężkie, nasączone grudy czekają na obsianie ziarnem. poczuła się wyzwolona. kiepsko. każda próba oddalenia się od siebie samego kończy się oszustwem, grafomańskim nadużyciem. powinienem wrócić do pisania wierszy, opisy przyrody nie są moją mocną stroną. tak to brzmi, kiedy się czyta na głos. jak fascynujące falowanie kibici niewiast, które przechadzając się nad Niemnem (w czarnych sukniach i gorsetach) były czysto estetycznym przedłużeniem smaganych wiatrem traw – na przykład babki lancetowatej, gryki, dzięcieliny i chuju muju nie wiadomo jakich jeszcze krzaczorów. wychodzę, jest ziąb, choć topi się już to wszystko białe, zalegające. drugi atak zimy nie zaskoczył drogowców, ale i tak nie wyjechali na ulice, komu by się chciało. na szczęście zaczyna topnieć. odsłania się brązowa ziemia, na której wkrótce wyrośnie złocisty łan. co można robić wśród zbóż? obejmować falującą kibić? póki co trzeba poczekać, jeszcze trochę, chociaż ze dwa miesiące trzeba powściągnąć zapędy, chyba, nie wiem, jestem już zupełnie wyspany, nie potrzebuję więcej snu ani snów. liczy się tylko performatyw! wyszła z domu, nie zabrała notatnika, choć i tak wciąż zapisywała, zapisywała to, co rejestrowała. na zewnątrz i od środka, zwłaszcza od środka. myślała: „czy to jest proste czy skomplikowane? kłębi się czy rozplątuje?”. nie wiedziała, czy jest coraz bliżej rozwiązania własnej zagadki czy coraz bardziej się oddala, coraz bardziej wpada w sidła społecznych uzależnień. „człowiek dojrzewa i momentalnie starzeje się, wyzwala i tetryczeje, ustanawiając własną niezależność buduje sobie nowe więzienie. czy nie ma jakiegoś stanu przejściowego? beztroskiego indywidualizmu, który i tak zostanie wybaczony, egoizmu woli i hedonizmu emocjonalnego. czy nie jest za wcześnie, czy może już za późno? co trzeba poświęcić, by narodzić się ponownie, by narodzić się na chwilę tylko w innym świecie, a potem nawet wrócić.” w tle, z głośników (Tonsil) na przystanku poznańskiego szybkiego tramwaju leciało „Święto Wiosny” Strawińskiego. dlaczego nie Strawiński? niech ma coś wzniosłego. opatulę ją w cytaty, w książki, ubiorę w to, wyposażę, czybildung stanowi o osobowości? wierzę w to przecież, jestem wiernym i ulegającym wpływom uczniem ABR i jej mistrzów. w autobusie przygląda mi się jakaś laska, czy jest do niej podobna? podobna do niej? chyba nie, czyta notatki, pewnie z wykładu o drzewach, akademia rolnicza, drzewoznawstwo, może trawoznawstwo, jej kibić bezkształtna, opatulona w sztruksowy płaszcz, bardzo niemodny. nie, ona taka nie może być. ale dlaczego się przygląda. czy mam dociekać? czy czytając o orzechu lub olsze myślisz o mych siwych, niekiedy turkusowych oczkach? wstanę, skasuję bilet i przysiądę się. myślę i robię, „performuję”: - co to za notatki? - zaliczenie z nasion – odpowiada pytająco - życzę powodzenia - „czy my się znamy?” – zapytała, używając jakby nie swoich słów, jakby wklejając je, ctr+v, w swoje usta, usta ok. - nie, ale ładne rysunki - no to są te nasiona, trzeba wiedzieć, które rodzaje są z jakich roślin - a te z ogonkiem? - te są z pałki wodnej, takiej trzciny - widziałem nad jeziorem, pojedźmy nad jezioro? - ale w lutym nie ma jeszcze pałek z nasionami - szkoda - pojedziemy latem, muszę wysiadać, dowiedzenia - powo&dozo w tramwaju napatoczył się dziad. odsuwała się, zatykała nos, ale wyraźnie się napatoczył, chciał rozmawiać, chciał uwielbiać, co gorsza, chciał rączki całować - pani, panna taka cudowna… pełen szacunek, szacunek proszę pani jest najważniejszy, ludzie teraz nie wiedzą, co to za wartość jest… ale ja jestem generał, mam willę pod Poznaniem i powozownię, tylko po mieście jeżdżę w tych starych ubraniach, żeby nie obnosić się ze swoim bogactwem, to wynika z szacunku do ludzi… a ostatnio moja klacz się oźrebiła, chce pani wymyślić imię dla źrebaka? chłopak wyszedł. – gadał i śmierdział denaturatem, każde jego słowo śmierdziało. postanowiła jednak udowodnić, że pomimo swego młodego wieku wie co to szacunek: - Fantazy - co? – zapytał dziad - proszę źrebaka nazwać Fantazy - a to mój ulubiony dramat, wzruszyła mnie pani do łez – i popłakał się i nie mógł już słowa wymówić i chciał ją przytulić, ale w porę wysiadła, na niewłaściwym przystanku. - psiakość – zaklęła kurwa mać, stare baby wsiadły, trzeba ustąpić. ale rano nie jest jeszcze tak źle, gorzej gdy w południe wracają z rynku z kapustami i to wszystko czuć. wsiadają, dosiadają i gadają, poznają się, trajkoczą, gderają, przypominają sobie, gdzie która mieszka i kiedy zmarł mąż. biedne, mają stanowczo za niską emeryturę, wysiądę i wyciągnę z bankomatu wszystkie pieniądze i dam każdej chociaż po stówce, na lepszą kapustę, która nie będzie aż tak śmierdziała i na lepszą siatkę, torbę ekologiczną, która nie wrzyna się w ich stare, spracowane dłonie. na koncie nie mam jednak żadnych pieniędzy. nie mogę im w oczy normalnie spojrzeć, nie chce mi się z nimi gadać, chcę wysiąść jak najszybciej i wysiadam. nie wiem gdzie jestem, bo to nie mój przystanek. przysiądę i napiszę coś na szybko, na kolanie. - co piszesz? - a kto pyta? - a tak tylko, nieważne - ja Don Silencio - cześć, ale i tak nie zrozumiesz mojego imienia, nie zapamiętasz, nie znajdziesz mnie na fejsbuku - szkoda, popatrzyłbym na fotki - nie mam zbyt ciekawych, nie jestem fotogeniczna - nie musisz - co piszesz więc? - a nic, próbuję tak nie o sobie, ale nie wychodzi - jesteś poetą? - kiedyś byłem, ale dziś już nie - pamiętasz jakiś wiersz? - teraz? może jeden… - powiedz, proszę - na próżno świata szuka wśród traw i kwiatów w podskokach i pod kocem z gorączką przerażeniem na stronach ledwie lampką oświetlonych i w uśmiechach chłopców wokoło na próżno chwyta to co ją otacza chowa po kieszeniach torebkach i piórnikach w małej skrzynce w puzderku szkatułce tym się perfumuje a zapach jest jak niemowlę je na podwieczorek i tylko podwieczorek zachłystuje się zaciąga czasem odkrztusza i wymiotuje na próżno zasypia gdy z każdym porankiem staje się od nowa zapomina jak wczoraj myślała o nazajutrz które nadeszło tak niespodziewanie i beztrosko tak nagle i niepostrzeżenie że aż westchnęła: – …to już?!... (kwiecień 2008) - popracuj nad interpunkcją, muszę lecieć - szkoda - spotkamy się niedługo - wkrótce? - tak, musimy częściej ze sobą rozmawiać - poczekam, ale nie zapomnę poczekam z moim pisaniem. nic jeszcze nie wiem, choć strasznie mnie ciekawi: w jaki sposób przeklinasz, jeśli w ogóle, jak wymawiasz moje imię, jak dotykasz mojej głowy (właśnie głowy), jakich poetów czytasz (choć to mniej), czy jesz śniadanie i czy również dopadają cię takie małe tęsknoty za codziennością; chcę wiedzieć jak zbierasz okruchy ze stołu (ściereczką? na dłoń podłożoną przy krawędzi, czy na podłogę, potem się zamiecie?), co bierzesz na zbicie gorączki, czy kąpiesz się rano czy wieczorem (ja raczej rano, ale chyba dlatego, że jestem sam), czy jesz pizzę rękoma rękami czy nożem i widelcem, jaka jest twoja ulubiona pozycja (gdy siadasz w fotelu z książką podkurczasz nogi czy wyciągasz na stołek, podnóżek?); chcę wiedzieć, jak to brzmi, gdy próbujesz mówić po hebrajsku, jak posługujesz się językiem (obcym i własnym); chcę znać każdy twój śmiech i krzyk, chcę wiedzieć ile dokładnie masz pieprzyków na całym ciele (samemu je policzyć) oraz ile palców u stóp (samemu je policzyć); chcę jechać z tobą stopem przez Europę i Azję, Amerykę i Australię i pilnować, by nie napatoczył się żaden dziad, nie dotknął cię brudną ręką; chcę patrzeć jak wyciągasz szyję i wystawiasz twarz na podmuch chłodnego wiatru w upalny dzień; chcę wiedzieć w czym chodzisz latem (sandały?) i gdzie chciałabyś pojechać; chcę poznać twoją playlistę na last.fm i odnaleźć twoją mogiłę, na której tańczysz (i potrącasz co krok?) i dowiedzieć się, jakim szamponem myjesz włosy; chcę wiedzieć, co naprawdę myślisz o moich wierszach i piosenkach, czy ufasz Don Silencio oraz czy wolisz, żebym grał na basie, czy na mandolinie; o której wstajesz rano i czy boli cię wtedy głowa? jaką jadasz czekoladę, jaką pijesz kawę? jakie wino, jaki ser, jakie ryby (ja morskie, karp smakuje mułem)? póki co niewiele wiem. jeszcze mniej o sobie, chyba, że mnie zapytasz, to ci opowiem, mamy bardzo dużo czasu na moje opowieści o sobie. D.
naraz runęły mury mojego więzienia
i rozbiła się łódź, na której
bezpiecznie płynąłem do Ameryki.
dziś dryfuję wolny
w wodach bezkresnego oceanu.
Christophe Don Silencio – Wiersz dla przyjaciela Waltera, Paryż 1911
[szalupa pozbawiona jest wszelkiej sterowności, płynie, gdzie ją fale niosą, obraca się, wokół własnej osi. nocami oglądałem niebo, określałem położenie metodami, którymi posługiwali się jeszcze Wikingowie – jednak po dwóch tygodniach jestem już tak wyczerpany, że mogę tylko spać. by wykorzystać wolne przestrzenie mojego umysłu i nie nadwerężać słabego organizmu, zapisuję mój dziennik we śnie. jeśli znajdą mnie martwego, wyciągną ze mnie najważniejsze informacje, jak z czarnej skrzynki. wyciągną je razem z całym śmietnikiem danych, jak skrzynię złota, w której wraz z drogocennym skarbem pełno jest wodorostów, rybich ości,nocnych spazmów, porannych marzeń, niespełnionych planów, dziurawych szmat, oplatających wyżartą przez mątwy czaszkę; pełno tam traum z dzieciństwa, traum z młodości, krabów i małych krewetek, strachu przed śmiercią, pragnienia bólu,przyzwyczajeń do strzelania stawami i dłubania w nosie małym paluszkiem, obrazów zaśmiecających pamięć, smoków zabitych dla nieistniejących księżniczek, itp., etc, and so on, so on, jak napisał poeta: so on so soon, my dearest son.]
#001 wypłynęliśmy z Quimper w Niepodległym Królestwie Bretanii, według tradycyjnego kalendarza 20. lipca2013 roku, choć nie wiem, jaki jest sens umieszczania zdarzeń w dawnej chronologii. scena jak ze starego polskiego filmu, szedłem plażą z plecakiem, doszedłem do końca Europy i nie wiedziałem co dalej. surferzy pomykali zrezygnowani na niezbyt wielkich falach, nudzili się, robiąc piruety, śruby, beczki i hołupce. po chwili plaża skończyła się i znalazłem się na betonowym nabrzeżu przystani jachtowej. usiadłem, zwieszając nogi w dół i mocząc je w wodzie. zjadłem puszkę kukurydzy i kawałek sera brie, namoczyłem bagietkę w soku brzoskwiniowym, bo stwardniała na maczugę i zjadłem jako deser, z resztką dżemu figowego. ble, chyba jednak zwrócę to, pomyślałem, ale tylko bekłem beknąłem donośnie i zrobiło mi się lepiej. przypatrywałem się, może trochę arogancko, czwórce, na oko, dwudziestolatków, pakujących jacht przed rejsem.
- czego się gapisz, może byś pomógł – usłyszałem w moją stronę. z początku mogłem wyjść na debila – nie zareagowałem bowiem od razu, tylko czekałem aż C3PO ominie błędy językowe, których pełno było w wypowiedzi dziewczyny o hiszpańskiej urodzie, która mówiąc to, po francusku, jednocześnie czekała z wyciągniętą ręką, aż podam jej zgrzewkę puszek z czerwoną fasolą. poderwałem się więc raptownie i pokracznie, zdenerwowany tym małym deleyem i podałem jej towar.
- reszta jest w samochodzie, pospiesz się, bo niechcemy płacić za portowy parking – tym razem zrozumiałem od razu, program szybko precyzował treść, korzystał jeszcze z dawnych rezerw edukacji szkolnej. poleciałem, zapominając o plecaku zostawionym na nabrzeżu – wcisnęli mi dwa baniaki z wodą, cholernie ciężkie, ale doniosłem. jeszcze kilka rund i koleś z samochodu odjechał.
- gdzie płyniecie? – zapytałem, podając zapas snickersów
- nie twój interes
- wyglądacie jakbyście uciekali
- hej, masz coś? – zapytał, wychylając się z kabiny, facet o zgoła innej niż hiszpańska facjacie.
- i dlaczego pomyślałeś, że mam facjatę? – dodał szybko, dziwnie się skrzyżowało.
- a jak miałem pomyśleć? fizys?
- hehe, fizjognomię, ok., nic do ciebie nie mam –podsumował jakoś protekcjonalnie i szybko zadał to pytanie, na które najbardziej czekałem, choć może jeszcze o nim nie pomyślałem:
- chcesz płynąć z nami?
- mogę?
- chcesz? – podciągnął brwi ironicznie. – myślałem o jakichś warunkach, żeby nie myć kibli czasem, nie być majtkiem na tym statku, ale nie wiedziałem, jak tu się targować, w końcu po raz pierwszy złapałem na stopa jacht.
- ok., wsiadam, Don Silencio – wyciągnąłem dłoń.
- Vincent Vert – odparł francuz o dziwnym akcencie. – bo jestem belgiem – dodał, nie pozwalając się nawet domyślać.
- moi, j’suis polonais
- tawarisch – przywitała mnie nie wiedzieć czemu po rosyjsku hiszpańskiej urody jak się okazało marokanka, albo Marokanka, bo oni może nie przeszli jeszcze przez proces rozdziału państwa z narodowością. #
[przerwałem. coś uderzyło w gumową podłogę szalupy, zaczęła wirować jeszcze szybciej, niż normalnie. ryba? delfin? rekin? wombat? uszatka to czy też żółw czy kaszalot, wyliczam, czekając na kolejne uderzenie, obudziłem się, ale wciąż zapisuję, to znaczy, że jestem już mocno wyczerpany, jednocześnie obudzony i uśpiony, wciąż zapisuję, przeszukuję myśli, wielki ząb przebija podłogę, ciasno się wbił, woda nie wlatuje, taki jakiś wodny jednorożec mnie tu kłuje, a ja nie mam siły się bronić, pozamykałem szczelnie wszystkie otwory, tym kłem, rogiem, chujem kostnym ciągnie mnie w dół, pod wodę, sufit się spłaszczył, czuję się jak w trumnie i czuję, że płynę z dużą prędkością, pod wodą, czuję opór, ścianynapięte, boże, mamo, Atamanku, Charlotte, przyjacielu, pani, święci Tomaszu iFranciszku, Hermesie piętoskrzydły, nie opuszczajcie mnie, uratujcie mnie, Jezusie, zaraz zemdleję…]
#002 chwyciłem plecak i wskoczyłem do jachtu, był całkiem duży, ale na pokładzie oprócz Vincenta i Leili nikogo nie widziałem.
- nikt więcej nie płynie, uciekamy sami.
- a jednak uciekacie.
- tak.
- dokąd?
- nie wiem, nie znam się na nawigacjach, gdzieś chyba dopłyniemy, prawda? – Vincent zatarł dłonie, jakby udawał, że ma diabelski plan.
- ale nie pytaj dlaczego uciekamy – Leila.
- ok., sam też nie wiem czasem, dlaczego uciekam – ja.
- coś nas gna, coś nas gna – Vincent, zapatrzony w morze, zapalający skręta z marokańskim haszem.
- skąd masz? – zapytałem, czekając na macha, bezskutecznie.
- podrożało draństwo, trzeba oszczędzać, Leila mi dała – Leila tymczasem rozplątywała liny, nie mogła sobie z tym poradzić, więc Vincent wyciągnął scyzoryk długości może 6-7 centymetrów -
- ale za to kurwa zobacz jaki ostry! – przeciął się na nadgarstku, żeby udowodnić i niczym macedoński wódz poprzecinał liny, zostawiając je na portowych słupach. a ja na marginesie pomyślałem o moich nieszczęsnych porównaniach.
- nie będziemy cumować, tam gdzie dopłyniemy, ta msię rozbijemy, będziemy rozbitkami, ok.? – zaczęło mnie to bawić i niepokoić jednocześnie, ale jacht już odbił od brzegu, nie było odwrotu. #
[otwieram oczy, nic się nie rusza, leżę na suficie mojej szalupy, przez otwór po rogu potwora wpada blade światło, takie zielonkawo-niebieskawo. przyłożę oko, może mi nie wykłuje, a co jak mi wykłuje? jak znów, dokładnie w tym samym miejscu się wbije? to będzie koniec, a jeszcze nie zapisałem wszystkiego. przykładam jednak i patrzę, i z drugiej strony też widzę oko, ja łypię i ono łypie, dokładnie takie samo, wiem, że to nie lustro, to inne oko, kogoś innego, jakiegoś głębinowego mnie, mnie z płetwami, mnie syreny, pewnie w równoległej rzeczywistości, która akurat jest podwodna, jestem syreną, mam skrzela, za uszami, jak Kevin Costner, ej, wyciągnij mnie, mówię, ale nie głosem, tylko tym okiem mówię, przekazuję treść, w końcu musi się przebić, chyba jest jakaś błona między światami równoległymi, nie wiem, straszyli mnie zawsze, że któregoś dnia spotkam samego siebie, znam cię! syreno ty! a mam muszle we włosach? a mam naszyjnik z zębów rekina, mam skorupiaki przywarte do łydek? skorupiaki na piętach? nie używało się pumeksu w wannie, co? a tyle go tu wokoło, ale przecież, nie mam pięt, ani łydek. czym się zajmuję? kim jestem naprawdę, mam tyle pytań, ale przecież nie mogę ich zadać, to byłoby wbrew wszelkim konwencjom, zginąłbym jak Charlotte, która zawsze gdy stawała twarzą w twarz ze samą sobą, unicestwiała ją a tym samym i kawałek siebie, Charlotte, która podróżowała przez kolejne warstwy, dla której byłem kiedyś szamanem, słodka francuska kobietka, właśnie taka, nic demonicznego, trochę głupiutka, ale pozowała na taką, w końcu zniknęła w ogóle, fizycznie, istnieje już tylko we mnie, rozmawiam z nią często, podejmuję decyzje pod jej wpływem, myślę, co by zrobiła, jakby mnie oceniła, to mnie trzyma jakoś, trzymam ster, wiesz? obecnie dryfuję, ale mam swoje priorytety, z Charlotte czasem się nawet kochamy, odkąd poznałem techniki tantry buddyjskiej, przepływ energii doprowadza mnie do szalonych orgazmów, cała czaszka drży, czy ja, ty, syreno, spotkałeś się kiedyś z Charlotte? zamrugał zamrugałem zainteresowany, nie zna jej, nie trafiła do niego, może jeszcze cię nawiedzi, druhu, chciałbym ci o niej opowiedzieć, ale mogę tylko puścić oczko, nigdy o niej nie zapomnę, wiesz? nie ma takiej możliwości, na tym polega jej wirus złośliwy, jej dysfunkcja tożsamości, rozumiesz? obliczasz? wy w tej wodzie obliczacie w ogóle? masz to jakoś otagowane, o czym mówię? porozumiewacie się jak wieloryby? śpiewacie te ultradźwięki? ej, dobrze tu, zielonkawo-niebieskawo, ale ja już wolę na górę, dryfować i śnić w mojej szalupie, mają mnie wyłowić! mają mi sczytać sny, dziennik mój, rozumiesz, syreno? oko zniknęło, w dziurę z zewnątrz wetknięto ciasno jakiegoś skorupiaka, poczułem jak się wszystko zatrzęsło i znów poczułem napierającą wodę, pchnęło mnie do góry, tak wyczułem, nie wiem, ale wyczułem bezpieczeństwo, czułem, czułem, zawsze wiedziałem, że umiem o siebie zadbać i oto wszystko jest po staremu, sam się z tego wyciągam, mam nadzieję, że delfina z tym kostnym kutasem zjedli na kolację, zamknąłem oczy, szybko pojawił się sen, porządkowałem go i zapisywałem obrazy w dzienniku.]
#003 ocean był w miarę spokojny, fale dość wysokie, ale nie załamywały się, gładko się na nich bujaliśmy, Vincent zachowywał się trochę jak pirat albo tak zwany wilk morski, palił skręty, marszczył brwi, zapatrzony w horyzont, wspierał się na kole sterowym, które przyczepione było dla picu i trochę zawadzało w wejściu pod pokład. prawdziwym sterem była niewielka wajcha. zauważyłem, że ma ambicje kapitańskie i żadnych ku temu kompetencji, zarządził rozwijanie żagli, widząc jak Leila posłusznie spełnia rozkaz, zabrałem się do tego sprawnie, z czasemjednak poczułem się dziwnie – ona była poirytowana, on w zupełnie innym świecie.
- zabrałeś w tym plecaku jakieś książki, DonSilencio? – spytał nagle Vince.
- tak
- w jakim języku?
- mam po polsku głównie, po angielsku i po francusku
- poczytałbym Czernyszewskiego, masz?
- dlaczego miałbym to mieć?
- nie wiem, mam ochotę.
- nie mam. zabrałem Słowackiego, Podróż do ziemi świętej z Neapolu, Wyzwolenie Wyspiańskiego, tacy polscy,dawni poeci, do tego po francusku Braci Karamazow i po angielsku wszystkie dzieła Pynchona. Mam też własne tłumaczenie Zachodniej krainy Burroughsa, ale tego jeszcze nie mogę pokazywać.
- po co ci te książki? – to były pierwsze słowa Leili, które padły od momentu odbicia od brzegu.
- czytam je, na przykład przed zaśnięciem na plaży, trudno podróżować samemu bez książek, przepraszam, czy ty jesteś zła, że płynę z wami?
- nie
- a czy jesteś zła?
- tak
- dlaczego?
- nie pytaj – pogroził dziwnie rozbawiony Vincent– piszesz tutaj jakąś prozę, narrację urządzasz, musi być tajemnica, daj sobie czas, myśl od razy o konstrukcji, struktura, to taka ważna rzecz, nie możesz wszystkiego wiedzieć na początku. układaj dialogi, zaznaczaj, kto powiedział skonfundowany, kto rozbawiony, ironicznie, odparł, odrzekł, odparował, zaoponował, nakręcaj swe style, rycerzu Baldwinie, w morze płyniemy, czy nie masz jakiegoś morskiego przydomku przydomka?
- kradniesz moje style!
- kłótnia? bunt? bijesz się, ty cipo?
- nie no, bez przesady, po co te pięści
- utulę cię w mych ramionach przyjacielu, dobry wiatr mi ciebie zesłał, żartowałem, no więc, jakaś morska ksywka?
- Long John Silver – wypiąłem dumnie pierś
- a zatem do garów! zgłodnieliśmy, kuchnia jest twoim królestwem, ja tymczasem poczytam Biesy.
- mam Braci…
- tak, właśnie, podaj, albo wezmę sobie z twojego plecaka– nie przejąłem się specjalnie, że będzie mi grzebał w torbie, zszedłem pod pokład,wyciągnąłem z lodu całkiem ładne krewetki, wrzuciłem na rozgrzaną patelnię, wraz z dużą ilością czosnku i obtarłem w to skórkę z cytryny, wkroiłem pietruszkę, trzeba wykorzystać, póki świeża, do tego ryż, ryż widzę, że będzie codziennie, kupili różne rodzaje, puszkę fasoli na drugiej patelni doprawiłem słodką papryką i dorzuciłem garść orzechów pini, widok tego jedzenia spowodował nagle wielki ból brzucha, zacząłem…#
[…wić się z tego bólu po całej szalupie, zacząłem krzyczeć, chyba na chwilę naprawdę się ocknąłem, nie można zapisywać takich rzeczy, takich frykasów, nawet w bólu pomyślałem o słowie frykasy i skręciło mną jeszcze bardziej, tak mnie skręca, zaraz wykończy…]
Tagi: kuchnia, podróż, morze, kapitan, syrena, jacht
skomentuj (2)kto zdążył ten miał fuksa, opowieści nie mogą zalegać na jakimś blogu w nieskończoność